zamknij

Kultura

Zaskakująca "Noc na faktach". Maraton teatru dokumentalnego [KOMENTARZ]

2019-06-23, Autor: Michał Hernes

Pierwszy maraton teatru dokumentalnego w Polsce przyniósł wiele niespodzianek, przeważnie pozytywnych. Zastanawiałem się, czy twórcy pokazywanych podczas „Nocy na faktach” spektakli poradzą sobie z teatrem faktu, który jest w Polsce mało znany i rzadko wystawiany. Na szczęście wypowiadane w tych spektaklach słowa nie okazały się jedynie pustymi ideami.

– Zestawienie słów „fakt” i „teatr” brzmi w naszych czasach jak sprzeczność – mówi opiekun artystyczny projektu, Krzysztof Kopka. – Fakt jednak od zawsze tkwi w samym sercu spektaklu, który był i jest opowieścią o czyimś życiu. Ta opowieść jest czasami prosta, czasami złożona, rozbrzmiewa wieloma głosami, które potrafią się ze sobą spierać i sobie zaprzeczać, zadziwia wciąż nieprzewidywalnością i autentycznością – dodaje.

Reklama

– Podczas przeglądu królować będzie słowo żywe, potoczne, nagrane i spisane podczas dziesiątek godzin wywiadów z osobami opowiadającymi piękne i okropne historie – powiedział Kopka przed wcześniejszym przeglądem teatru dokumentalnego, który odbył się w Instytucie Grotowskiego.

Jak pisał słynny reżyser i teoretyk teatru Peter Brook: „słowo jest niczym rękawiczka – przedmiot nieożywiony, który można oglądać na wystawie, czy nawet w muzeum. Życie nadaje mu włożona do środka dłoń – wszystkie odcienie życia, od banału po wzniosłość”.

Brook słusznie zauważył, że jeśli twórcy traktują to co zostało ujęte w słowa jako mapę i ściśle się jej trzymają, może się okazać, że ta droga prowadzi donikąd. Dlatego obawiałem się, że na przeglądzie teatru faktu usłyszę tylko piękne słowa.

Nowi mieszkańcy Wrocławia

Tymczasem – jak pisał Brook – słowo może być też magnesem i wydobyć na powierzchnię materiał tkwiący dotąd w nieświadomości. Odnoszę wrażenie, że właśnie to miało miejsce w trakcie prac nad spektaklem „Nowi” w reżyserii Jakuba Tabisza, w którym mieszkający we Wrocławiu młodzi Ukraińscy wcielili się w ekspertów opowiadających swoje historie i dzielących się swoimi refleksjami. Równie przejmujące były pauzy, krótkie chwile ciszy, które nadawały spektaklowi jeszcze większej siły i autentyczności.

Z siłą słów, które nie przemawiają przecież same, zetknąłem się także podczas oglądania spektaklu „Co po nas zostaje”. Jego twórcy, Martyna Matoliniec i Aleksander Maciejczyk, inspirowali się i bazowali na prawdziwych historiach z życia Stanisława Maciejczyka i Zofii Dudek - Daśko, próbując przejrzeć się w ich obrazie jak w lustrze. Autorzy spektaklu, bazując na wspomnieniach, mieszali rzeczywistość z nieodłączną potrzebą zrozumienia przeszłości. Zadali pytanie, jak zapisujemy się w pamięci i co w niej pozostaje.

CZYTAJ TEŻ: MIESZKAJĄCY WE WROCŁAWIU UKRAIŃCY OPOWIADAJĄ SWOJE HISTORIE

Sukces ich spektaklu wynika z tego, że tymi historiami zajęli się empatyczni artyści z pomysłem na to, jak przełożyć wspomnienia na język teatru. Młodzi twórcy zaufali swojej intuicji i konsekwentnie podążali tropem swoich pomysłów, dzięki czemu rezultat nie był jedynie recytacją tekstu. Cieszy mnie, że Martyna Matoliniec i Aleksander Maciejczyk wybrali własną drogę i bardzo ciekawą formę.

Właśnie dlatego „Co po nas pozostaje” przemówiło do mnie równie mocno co „Pamiętnik” w reżyserii Jolanty Sakowskiej – przejmujący monodram będący czytaniem tytułowego pamiętnika nieżyjącej osoby, odkrywaniem jej przeszłości, próbą zrozumienia i przeżycia jej drogi życiowej.

Taniec i teatr

Bezpretensjonalnym powiewem świeżości była dla mnie natomiast „TanGala” Roberta Traczyka – świetny przykład tego, że teatr ma charakter wspólnotowy i nie powstaje w odosobnieniu. Jego scenariusz powstał na podstawie wywiadów przeprowadzonych z polskimi tancerzami Lindy Hop, których można było zobaczyć na scenie. Taneczna rodzina przeniosła się więc na deski teatru, tworząc rodzinę taneczno- teatralną i zapraszając do niej publiczność.

CZYTAJ TEŻ: SWING I POZYTYWNA ENERGIA W TEATRZE

Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i tańczący aktorzy zaimponowali mi nie tylko umiejętnościami tanecznymi – przede wszystkim wnieśli do spektaklu bardzo dużo pozytywnej energii i odgrywali m.in. komiczne scenki z przymrużeniem oka. Nie dziwię się, że Robert Traczyk postanowił włączyć to do „TanzGali”.

Miłość i niespełnienie  

Oczarowała mnie również „Hercia” w reżyserii Ady Tabisz – zaskakująca i wzruszająca opowieść o mężczyźnie, którego żona odeszła i który każdego dnia spędza każdą wolną chwilę na cmentarzu, przy grobie ukochanej.

Nie byłoby jednak tego spektaklu, gdyby nie bohaterowie, o których opowiada i artyści, którzy dotarli do ich pierwowzorów. Co ważne, aktorzy podeszli do granych przez siebie postaci z empatią i miłością – Marian Czerski jest w tej roli zarówno przejmujący, jak i rozczulający, a Magdalena Gładysiewicz pokazała wulkan pozytywnej energii, ciepła, miłości i właśnie empatii.

„Hercia” to historia niewiarygodna, ale prawdziwa. W czasach, gdy w teatrze często dominują patologie i pseudo-eksperymenty chciałbym częściej oglądać takie małe–wielkie historie, które ściskają za serce i potrafią wprawić człowieka w pozytywny nastrój, przywracając mu wiarę w ludzi.  

Rozbawiły mnie, a zarazem poruszyły „Męskie perspektywy miłości” Mateusza Brodowskiego – spektakl o kobietach, ale bez udziału kobiet; opowieść o mężczyznach, którzy „ponoć nie potrafią rozmawiać o uczuciach i miłości”. – To rzecz o facetach pogubionych w dzisiejszych czasach, którzy wcale się tego nie czują. O tych, których idee są oparte na wartościach przekazywanych przez rodziców. Ukształtowanych przez środowisko i kulturę, która dostarczała im motywów lub wzorców. O czym rozmawiają faceci w męskim gronie? Jakie relacje budują, czy w ogóle chcą relacji na stałe? Czy mówią o swoich uczuciach, czy może to jedynie przekonania lub poglądy? Kim jest kobieta na całe życie i czy w ogóle taka opcja istnieje. Jesteśmy szowinistami? Staliśmy się bardziej partnerscy? Co to znaczy szczęśliwy związek i czy to tylko miłość? – pytają twórcy spektaklu, który zachwycił mnie bezpretensjonalnością, mądrością i autentyzmem.

Poruszająco i szczerze opowiedzieli o niespełnieniu i miłości twórcy kameralnego przedstawienia „Podejdź bliżej” Moniki Czajkowskiej, która postanowiła zmierzyć się z fenomenem zakochania i pożądania, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy niespełnione miłości są najpiękniejsze czy najsmutniejsze.

Rzecz o braku sprawiedliwości

Najmocniejszym obejrzanym przeze mnie podczas tego maratonu spektaklem był jednak „Paraliż. Sprawa Igora Stachowiaka”. – Gdzie my żyjemy? – zapytał siedzący obok mnie pan w trakcie oglądania tego kafkowskiego przedstawienia o szukaniu sprawiedliwości w świecie, w którym można odnieść wrażenie, że sprawiedliwość nie istnieje, albo umiera każdego dnia.

Z opowieści Stachowiaków wyłania się szokujący i przerażający obraz zepsutej polskiej policji i sądu, w których ci, którzy uchodzą za sprawiedliwych, tak naprawdę nimi nie są. Można by pomyśleć, że racje miał ten, kto powiedział, że do sądu idzie się nie po sprawiedliwość, tylko po wyrok.

CZYTAJ TEŻ: BARDZO MOCNY PARALIŻ. RECENZJA SPEKTAKLU O SPRAWIE STACHOWIAKA

– Ta tragiczna historia obnaża całkowity bezwład systemu sprawiedliwości, ale także paraliż opinii publicznej – napisano w zapowiedzi przedstawienia, które miało swoją premierę podczas przeglądu teatru dokumentalnego, a we wrześniu ponownie będzie można je zobaczyć na deskach teatru. Za scenariusz i reżyserię odpowiadają Krzysztof Kopka oraz Jakub Tabisz.

Na uwagę zasługują przejmujące role Grzegorza Wojdona i Doroty Kwietniewskiej, którzy wcielili się w rodziców Stachowiaka. Reportera zagrał Michał Szwed. "Paraliż" zrealizowano na bazie długich rozmów ze Stachowiakami i z dziennikarzem Marcinem Rybakiem.

Przyznaję, że o wielu opowiedzianych w nim rzeczach nie miałem pojęcia. Inna sprawa, że w tym spektaklu dokumentalnym moralnego niepokoju przedstawiono jedynie punkt widzenia ofiar, nie dając dojść do głosu drugiej stronie (choć możliwie, że nie chciałaby się wypowiedzieć).

Nie zmienia to faktu, że teatr dokumentalny to bardzo ciekawe i godne uwagi zjawisko, bardzo się więc cieszę, że ten spektakl powstał.

– Zło służy dobru. Okazuje się bardzo przydatne, gdyż na jego tle można pokazać dobro w całej swej krasie – napisał kiedyś historyk filmu Marek Haltof. Jakkolwiek „Paraliż” jest spektaklem przejmującym, to ukazana w nim walka ojca Igora Stachowiaka pokazuje, że człowieka można złamać, ale nie pokonać. Wraz z kolejnymi faktami historia i spektakl będą się rozwijać. Być może to naiwne i idealistyczne, ale chcę wierzyć, że doczekam się kolejnej wersji tego spektaklu opowiadającej o wygraniu przez jego bohatera tej walki.
 

Oceń publikację: + 1 + 6 - 1 - 2

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tuwroclaw.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuWrocław

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tuwroclaw.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Czy miasto powinno wydać zgodę na wywiercenie dziury w schronie na placu Strzegomskim?





Oddanych głosów: 639